Załoga okrętowa składała się z rozmaitych osób. Uwagę naszą zwróciła 
pewna piękna dziewczyna oraz pewna wiekowa już, ale bardzo miła
jejmość. Dziewczyna okazała się córką jednego ze sławnych podróżników,
zaś jejmość - wdową po kupcu perskim. Dziewczynie było na imię Arkela,
zaś jejmości - Barabakasentoryna. Arkela oczarowała mię od pierwszego
wejrzenia. Oświadczyłem się jej niezwłocznie i zostałem przyjęty. Wuj
Tarabuk zachwycił się otyłą nieco postacią Barabakasentoryny. Idąc w
moje ślady nie zwlekał ani chwili, jeno od razu wyjawił jej chęć ożenku.

- Zgodziłabym się na ożenek, ale pod warunkiem, że zmyjesz z twarzy te
czarne cętki, które cię szpecą i czynią podobnym do Murzyna - odrzekła
Barabakasentoryna.

- O Barabakasentoryno! - odpowiedział wuj. - Te czarne cętki są literami,
które się wiążą w słowa cudowne! Wiedz, żem na powierzchni mego ciała
kazał wydrukować moje poematy, jestem bowiem poetą. Będziesz więc
miała we mnie męża i książkę do czytania.

- Nie znoszę książek i nigdy ich nie czytam - odparła
Barabakasentoryna. - Nie cofnę mego warunku. Jeśli chcesz mię posiąść,
musisz zmyć z twarzy ten druk przebrzydły.

- O Barabakasentoryno! - westchnął wuj Tarabuk. - Kocham cię nad życie i
gotów jestem ponieść wszelką ofiarę, byle tylko nazwać cię żoną.
Prawdziwy poeta wszystko może przezwyciężyć prócz miłości! Nie wiem
jednak, czym mogę zmyć ten druk, który nazywasz przebrzydłym? Zdaje
mi się, że nic go już nigdy nie zmyje!

- Mam zioła, których wywar zmywa wszelkie plamy - rzekła
Barabakasentoryna. - Dam ci je natychmiast, abyś jeszcze w czasie
podróży wykonał mój warunek.

Barabakasentoryna podała wujowi pudełko z ziołami. Wuj pochwycił je i
udał się do kajuty wraz z Chińczykiem, aby tam spróbować mocy tych ziół.

Po godzinie wrócił na pokład z twarzą zupełnie białą. Widok tej twarzy
uradował mię bardzo, gdyż znów ujrzałem dawnego wuja.

- Jesteś teraz tak piękny, że nie mogę ci odmówić mojej ręki! - zawołała
Barabakasentoryna.

Po trzech miesiącach żeglugi stanęliśmy w porcie balsorskim, a stamtąd
udaliśmy się do Bagdadu.

Nazajutrz w Bagdadzie odbyły się dwa śluby - mój z Arkelą i wuja
Tarabuka z Barabakasentoryna.

Odtąd żyliśmy spokojnie w pałacu rodzinnym. Diabeł Morski już nie
nawiedzał mię we śnie i nie kusił do podróży, ponieważ stałem się
człowiekiem żonatym i poważnym.

Wuj Tarabuk od czasu do czasu próbuje pisać wiersze, ale
Barabakasentoryna drze je na drobne kawałki, bo nie znosi poezji. Wuj
pozwala jej na wszystko i nigdy się jej nie sprzeciwi.

Sam jej przynosi każdy świeżo napisany wiersz i mawia zazwyczaj:

- Moja droga Barabakasentoryńciu! Przynoszę ci tu wierszyk, abyś go
mogła zawczasu zniszczyć.

I Barabakasentoryna niszczy bezlitośnie utwory wuja.

Co do Chińczyka - ten, jak się okazało, posiada niezwykły talent
kulinarny. Wuj Tarabuk mianował go kucharzem pałacowym.


To nie konie tak cwałują i uszami strzygą,
Jeno tańczą dwaj opoje - Świdryga z Midrygą.


A nie stęka tak stodoła pod cepów bijakiem,
Jak ta łąka, źgana stopą srożej, niż kułakiem!


Zaskoczyła ich na słońcu Południca blada
I Świdrydze i Midrydze i tańcowi rada.


Zaglądała im do oczu chciwie, jak do żłobu.
"Który w tańcu mię wyhula, bom jedna dla obu?" -


"Moja będzie - rzekł Swidryga - ta pierś i ta szyja!" -
A Midryga pięścią przeczy: "Moja lub niczyja!"


Ten ją porwał za dłoń jedną, a tamten za wtórą.
"Musisz obu nam nastarczyć, skąpico-dziewczuro!"


A ona im prosto w usta dyszy bez oddechu,
A ona im prosto w oczy śmieje się bez śmiechu.


I rozdwaja się po równu, rozszczepia się żwawo
Na dwie dziewki, na siostrzane - na lewą i prawą.


"Dosyć ciała dwoistego mamy tu na łące!
Tańczże z nami południami, dopóki jarzące!


Jedna dziewka rąk ma czworo i cztery ma łydy !
Niech upoją nas do reszty twe słodkie bezwstydy!"


Nasrożyli się do tańca, jak gdyby do boju -
Przysporzyli kwiatom zgiełku, łące - niepokoju.


Więc Świdryga pląsał z prawą, więc Midryga - z lewą,
Ten obcasem kurz zamiatał, a tamten - cholewą.


Na odsiebkę, na odkrętkę i znów na odwrotkę -
Podeptali macierzankę, błyszczkę i tymotkę!


Jeden wrzeszczał: "Konaj żywcem!", a drugi:
"Wciornaści!" Tańcowali aż do zdechu i aż do upaści !


Aż poczuli, że dziewczyna życie w tańcu traci,
I umarła jednocześnie we dwojej postaci.


"Pochowajmy owo ciało nie bardzo samotne,
Bo podwójne w tańcowaniu. a w śmierci dwukrotne.


Pochowajmy na cmentarzu, gdzie za drzewem - drzewo.
Zmówmy pacierz obopólny - za prawą i lewą."


W dwóch ją trumnach ułożyli, ale w jednym grobie -
A już huczy echo ziemne - tańczą trumny obie!


Tańczą, ciałem nakarmione, syte i hulaszcze,
Ukazując co raz w tańcu nie domkniętą paszczę.


Tańczą, skaczą i wirują, klepką dzwonią w klepkę,
Na odkrętkę, na odwrotkę i znów na odsiebkę!


Aż się kręci razem z nimi śmierć w skocznych lamentach,
Aż się wzdryga wnętrznościami przerażony cmentarz!


Aż się w sobie zatraciło błędne tańca koło,
Aż się stało popod ziemią huczno i wesoło!


Aż zmąciły się rozumy Świdrydze-Midrydze,
Jakby wicher je rozhulał na wiatraka śmidze!


I rozwiała się w ich głowach ta wiedza pomglona,
Gdzie jest prawa strona świata, a gdzie lewa strona?


W jakiej trumnie lewa dziewka. w jakiej prawa leży?
I która z nich i do kogo po śmierci należy?


Tak im w oczach opętanych świat się cały miga,
Że nie wiedzą, kto Świdryga, a kto z nich Midryga?


Jeno ujrzą otchłań śmierci czarną od ogromu:
"A bądźcie tu. ludzie dobrzy, jak u siebie w domu!


Jedna trumna dla jednego, dla drugiego - druga,
W jednej wieczność prawym okiem, w drugiej lewym mruga !"


Obłąkani nad przepaścią poklękali wzajem
I na klęczkach zatańczyli tuż, tuż nad jej skrajem.


Tańcowali na czworakach, tańcowali płazem,
Tak i nie tak - i na opak - razem i nie razem!


Aż wwichrzeni w mrok dwóch trumien, jak dwa błędne wióry,
Powpadali w otchłań śmierci nogami do góry!